Nadszedł czas na degustację żabcianych dobroci. Udałam się do osiedlowej żaby i miałam szczęście, bo akurat byli po dostawie i lodówka pękała w szwach, więc bez problemu dostałam, co chciałam:
Falafel był droższy, ale ma więcej kalorii. Jak taki solidny obiad. Nie wiem co było lepsze. Plusem weggera jest dobry skład, fit kotlet z buraka, a przy tym smaczny, no i przyzwoity sos. Spokojnie można do niego wracać, jeśli się chce posiłek na szybko. Jadłam go na zimno i nie zepsuło to smaku, ale na pewno ciepły byłby lepszy.
Do rollo wróciłam już drugi raz. Plusem jest w miarę dobry falafel. Minus to odrobinę zbyt pikantny sos. W ogóle zmieniłabym go na czosnkowy lub koperkowy, ale to kwestia gustu. Jeszcze gdyby zamiast białej kapusty pokusili się o czerwoną, to byłaby bajka. No i minusik za benzoesan sodu w składzie.
Kolejną rzeczą, która dość długo po zakupie czekała na konsumpcję jest noodle poodle:
Czekało na moją wizytację w jacuzzi, ponieważ na wyposażeniu apartamentu jest mikrofala 😊 Jako danie dedykowane do takiego przygotowania stwierdziłam, że się poświęcę i poczekam. Niestety posiłki odgrzane w tym urządzeniu odbieram jako martwe. Dosłownie jakby były bez życia. Ideałem byłyby potrawy odgrzane na ognisku (żywy ogień). Kolejno na gazie, indukcja- zło konieczne. Nie zawsze nowoczesność jest dobra. Przynajmniej w moich odczuciach.
W związku z tym mikrofalowe posiłki na pewno nie jest to coś, co jadłabym na co dzień. Jedynie w celach degustacyjnych od czasu do czasu, tak jak te noodle 😇
Jak widać, składowo nie ma się do czego przyczepić, makaron pyszka, miękki, puszysty i jędrny 😅 Zapewne skrobia z tapioki robi robotę. Dobrze doprawione, dość pikantne, jak to w tajskich klimatach, ale zjadliwe dla mnie, nie spaliło mi gardła. Spokojnie mogę dać temu daniu 5/5, za smak, skład i etykietę z poodlem 😎





Ostatnimi czasy jadłam falafel żabkowy. Chyba ten, innego nie ma chyba. Mocno się zdziwiłam; jak dla mnie falafel smaczny, ale bez pazura, powinno być bardziej pikantne. Albo, z braku laku, utopić w sosie czosnkowym, bo sos czosnkowy wszystko ratuje.
ReplyDeleteFalafel jadłam, jak to zwykle ja, w formie po podgrzaniu w żabkolandii, rozumując, że to najlepsza forma podania to ta docelowa. Zazwyczaj to się sprawdza, choć tam też różnice czuję w potrawach nieraz, np. moje ulubione panini - im bardziej przypieczone tym lepsze, a jak pracownik żabki tak ledwo ledwo zagrzeje to tak średnio.