W końcu nastał czas na odwiedzenie Kazimierza Dolnego. Udało się zarezerwować miejscówkę ocenioną na bookingu na 9.9, czyli szałowo. Sophia Studio, w samym centrum miasta. Wyjazd we czwartek rano, powrót w niedzielę, czyli 3 noclegi. Wydawało mi się, że optymalnie, bo co robić w Kazimierzu tyle czasu, ale było to błędne myślenie i skończyło się jak zwykle, czyli maratonem zwiedzaniowym, bez jednego wolnego dnia z leżakowaniem i nic nie robieniem.
Po przyjeździe i zameldowaniu, udaliśmy się na miasto, w poszukiwaniu jedzonka obiadowego. Jednak najpierw dostaliśmy od właścicielki info o jedzeniowych miejscówkach wartych odwiedzenia:
Wybrałam na początek numer 2- kuchnię libańską Kaslik. Po dotarciu na miejsce, musieliśmy postać trochę w kolejce w oczekiwaniu na stolik. Zamówione jedzonko prezentowało się tak:
Do picia dla mnie róża ice tea- mrożona herbata rooibos z wodą różaną, zdecydowanie moje smaki, woda różana do picia i jako hydrolat na skórę, do jedzenia jako marmolada różana...om nom nom.
Do jedzonka- zupa krem z czerwonej soczewicy. Kolorem wygląda bardziej na żółtą soczewicę. W smaku była całkiem przyzwoita, ale nie powaliła mnie na kolana jak zupa z cytryną z krakowskiej mazayi. Podobnie jak falafele...zjadalne, ale bez szału, no i mała ilość i mało sosu. Choć za 19 zł nie można się było spodziewać ogromnego dania. Najlepsze z tego zestawu były frytki libańskie przyprawione świeżym tymiankiem, podawane z sosem czosnkowym. Cena 17 zł za 200 gram, ale wydawało się, że było ich nawet więcej. W smaku super, no i sos jeden z lepszych czosnkowych jakie jadłam. I mówi to miłośnik czosnkowych sosów 😎 Podsumowując wszystko- wizyta udana, choć bez rewelacji. Jednak wróciłabym tam jeszcze ze względu na wiele ciekawych dań do spróbowania.
Kazimierskie klimaty:
Upolowane piwa kazimierskie:
Piwo niepasteryzowane mnie nie powaliło, jasne całkiem dobre. Z kolei śliwkowe to po prostu magnus śliwkowy, tylko ze zmienioną etykietą i wyższą ceną...Miodowe zapewne też. Jednak mimo to nie narzekam, bo za magnusem przepadam.
Piwerko w bajkowym ogrodzie naszej noclegowej miejscówki to raj:
Takie oto karty wylosowały się na pobyt w Kazimierzu:
Magiczny klimat, niczym nasz ogród 😊
Byłoby jeszcze bardziej magicznie, gdyby udało nam się zaliczyć tę atrakcję (zabrakło czasu):
I zaczynamy zwiedzanko, tutaj pomnik psa Werniksa, przy rynku. Ku mojej radości nie wiąże się z nim żadna smutna, trudna i ściskająca za serce historia. Werniksowi przypisują różne przygody, ale żadna z nich nie jest dramatyczna. Na jednej ze stron znalazłam taką informację: "Kazimierski posąg psa, to dziś jedna z atrakcji miasteczka i niewielu
jest turystów, którzy nie znają tego miejsca. Nie brakuje ciekawych
historii brązowego kundelka i tego, dlaczego powinno się go głaskać po
nosie.
- Każdy turysta powinien psa po nosku pogłaskać, by do
Kazimierza w przyszłości powrócić – mówi Danuta Borzecka, przewodnik. – A
dla dorosłych, jest jeszcze jedna rada, aby pieska potrzeć nieco niżej.
Gwarantuje to szczęście, ale nie w pieniądzach." No cóż, biedny piesełek, ma starty od dotykania nie tylko nosek 😂
Wspinamy się na Górę Trzech Krzyży. Nie jest bardzo wysoko, idzie się krótko, ale w tym upale i tak człowiek się zmęczył. Ładne widoczki, sporo ludzi i skwar, więc szybkie parę zdjęć i w dalszą drogę.
Kolejny etap wycieczki to zamek:
I baszta tuż obok zamku:
Obowiązkowy punkt programu, czyli wąwóz korzeniowy. Wąwozy to coś z czego słynie Kazimierz i okolice, ale korzeniowy jest najbardziej znany, a co się z tym wiąże- najbardziej oblegany i płatny.
I klimatyczna miejscówka przy wejściu do wąwozu, gdzie można usiąść, napić się czegoś lub zjeść:
Po drodze upolowałam trochę suwenirów 😍
Kazimierski kogutek jako magnes, kolczyki i ręcznie robiony kubek z piesełkiem, po który wracałam drugi raz w to samo miejsce, bo jednak nie mogłam wyjechać stamtąd bez niego 😹
Na poczcie w punkcie lotto wymiana zdrapki, a pani z okienka obdarowuje mnie zawrotną ilością kuponów na loteriadę:
Kolejnym jedzeniowym punktem był numer 8 z listy, czyli Knajpa Artystyczna. Dla siebie wybrałam wegetariański placek z artystycznej, a na wynos gołąbki z kaszą jaglaną i pieczarkami. Wszystko mi bardzo smakowało. Placek faktycznie ogromny, na cały talerz, dużo warzyw i sosu, który mógł być odrobinę mniej ostry, ale to już kwestia gustu.
Zwiedziliśmy też drugi wąwóz- Głęboczyzna, tutaj praktycznie byliśmy sami, a wąwóz dużo głębszy, jak i sama jego nazwa. Jedyna wada- wąwóz przy samym cmentarzu, a żeby do niego trafić przeszliśmy cały cmentarz. Już w połowie cmentarnej ścieżki zostałam wypruta z energii. Choć trzeba przyznać, że był najbardziej klimatycznym cmentarzem, na którym kiedykolwiek byłam. Zieleń, cisza i górzysty teren. Weszliśmy do wąwozu po przejściu całej nekropolii, a okazało się, że wystarczyło wejść w inną ścieżkę przy cmentarnej bramie i mogliśmy ominąć grobowe atrakcje... Na dodatek po wyjściu z wąwozu, a zarazem terenu cmentarza, pożegnał nas rzucony w naszą stronę kamyk. Przez kogo/przez co- nie wiadomo 👻 Podobnie jak w wąwozie, spadający na mnie kamyk. Jednak od razu odzyskałam siły, kiedy wyszliśmy na słońce.
Po wyjściu z tego lekko mrocznego terenu, schodzimy pobliską ścieżką ze schodami w dół i spacerem udajemy się nad wieczorna Wisłę.
Kolejny dzień upału, a my zabieramy rowery, które były dostępne w Sophia Studio w cenie pokoju i jedziemy na wycieczkę, najpierw na punkt widokowy, a później przeprawą promową do Janowca i tam na zwiedzanie zamku. Wyprawa okazała się dość długa i męcząca, wróciliśmy padnięci, ale mimo wszystko było warto.
Te krajobrazy przypominają mi Włochy, w których zresztą nigdy nie byłam osobiście, ale taki klimat ze zdjęć i filmów. Plus okoliczne winnice, w pobliżu Kazimierza.
Uwaga, koty się bawią 🐾🐈🐈🐈 Niestety, nigdzie nie spotkałam żadnego kotełka.
Nie lizać. To zakaz ruchu.
I czas na prom:
Po wyjściu na ląd, czekało nas jeszcze trochę drogi, w tym sporo pod górę.
Zamek dużo okazalszy niż ten w Kazimierzu. Do tego spory park i inne obiekty do zwiedzania.
Na koniec dnia odwiedziliśmy punkt 10 z listy- restauracja Hamsa Resto. Wybór padł na izraelski półmisek, dla mnie hummus abu gosh i zupa krem z cukinii, a do picia ice beer.
Mimo dobrych opinii w google, my nie byliśmy zachwyceni. Dość wysokie ceny, a jedzenie niczym się nie wyróżniające. Robienia hummusu i falafela mogliby się uczyć od Mazyi w Krakowie. Zupa z cukinii była dobra, ale nie rewelacyjna. Najlepsze w niej były chipsy z jarmużu. No i to piwo mrożone z dodatkami całkiem dobre. Jedynie lokalizacja na plus, duży lokal i duży ogródek, w którym można się poczuć jak w dalekim egzotycznym kraju. Niestety nie dość, że wyszliśmy mało zadowoleni, to całkowicie padnięci i bez sił, jakby do tego jedzenia coś nam dosypali 😂 Po tym wszystkim nie było już na nic siły, tylko wrócić i paść na łóżko, na resztę dnia.
Na ostatni dzień zaplanowaliśmy już tylko rejs statkiem i powrót do domu. Chętnych dużo, o jednej godzinie wypływały dwa statki. Widoczki ładne, ale dość monotonne, inaczej niż w Krakowie, czy choćby w Czorsztynie. No i godzina w słońcu i tłumie, więc po wyjściu mimo, że byłam wypoczęta i wyspana, wróciło przemęczenie i ciężkość.
Na sam koniec wyprawa po kazimierskiego koguta z ciasta, a dla mnie też kogutek, ale trochę innego typu 😎
Kazik śliwka pod okiem.
.jpg)
.jpg)
















.jpg)









































































