Saturday, April 13, 2024

Krakowska Wielkanoc

Na te święta testowałam jedzonko z 3 różnych miejsc: Zielony Talerz, Wege Umami i Zakręcony Wege Obiad. 

W tym roku wypadło mi z grafiku wolne na Wielką Sobotę i Wielkanoc, plus zmiana popołudniowa poniedziałkowa, więc idealne warunki do świętowania. Jednak dwa dni to trochę przymało na wojaże, więc wpadłam na pomysł, aby tym razem to rodzice wpadli do mnie na świętowanie. Do śniadania wielkanocnego, dodatkowo do mojego jedzonka, mieliśmy żurek robiony przez mamę, podawany w chlebku, plus jajka faszerowane pieczarkami. W tym przypadku niewegańsko, ale jajka ekologiczne, więc tutaj przynajmniej mniejsze zło. 

 Żurek był pyszny, mocno grzybowy, no i ta forma podania robi swoje. 

Jajka faszerowane i sałatka jarzynowa wegańska z tofu od ZWO. Nie jestem jakąś wielką fanką jarzynowej, pewnie z tego względu, że mi się przejadła, w końcu to najpopularniejsza sałatka i jest na każdej imprezie rodzinnej. Jednak ta była bardzo dobra, doprawiona odpowiednio, no i tofu jako zamiennik jaja, sprawdza się nawet fajnie. 




Kolejne rzeczy od ZWO. Boczniaki w oleju i po kaszubsku były bardzo smaczne. Galareta z tofu i warzywami to fajny pomysł i ma duży potencjał, ale niestety była mdła w smaku. Ostatnio było tak samo, więc receptura na galaretę do poprawki. 

 

Tofu a la ryba to pyszka. I moja kompozycja obiadowa z innego dnia, składająca się z tego oto specjału plus sałatki jarzynowej, duszonych ziemniaków z koperkiem i buraczków. 



Tutaj smakołyki od Zielonego Talerza. Wygląd nie zachęca, ale w smaku super. Pierwsza to sałatka a la tuńczykowa. Konsystencja przypomina bardziej pastę do chleba niż sałatkę, więc można w sumie jeść na dwa sposoby, ale mi bardziej odpowiadało jedzenie w formie sałatki. Następnie twarożek ze słonecznika z rzodkiewką i szczypiorkiem. To już w ogóle pycha pycha. I na kolejnej focie moja kompozycja obiadowa, nieładna lecz smaczna- sałatka a la tuńczyk, pasztet od ZWO, placki cukiniowe z żabki, jakiś sos plus kolejna rzecz od ZT- kotlety a la jajeczne. Były ok, ale bez większego szału. 



Placek z tofu a la sernik od Wege Umami. Nie był duży, taki w sam raz i dość niski. W smaku dobry, choć trochę twardawy spód. Od nich miałam też żurek, ale niestety był niedobry, nawet nie zjedliśmy całego słoika, a wyrzucanie jedzenia to u mnie rzadkość, więc jeśli już to robię, to jedzenie musi być naprawdę mege niesmaczne. Nie wiem co zawalili, bo ich katering był ogólnie dobry. 



Babeczka owieczka od ZT, a więc wypiek wegański i mazurek niewegański z piekarni Łysa Góra. Raczej podróbka mazurka, w smaku bardziej jak tort czekoladowy, tylko niski i ozdobiony jak mazurek.

Po śniadaniu zaliczyliśmy wypad na miasto. Na rynku szalone tłumy. Oczywiście był jarmark wielkanocny, więc trochę pospacerowaliśmy. Nawet dokonałam zakupu paru rzeczy, oczywiście przepłacając, jak to na jarmarku, ale raz się żyje. A oto i moje zdobycze:



Zbicień pyszny napój. Piłam pierwszy raz w życiu, więc nie żałowałam wydanych pieniędzy. Później sprawdzałam ile normalnie kosztuje i nadal jest drogi, bo 15 zł za butelkę 330 ml, więc taką przyjemność można sobie sprawić ewentualnie na urodziny czy imieniny. Chyba, że będę bogata, to częściej 💲💸💰. W smaku jest jak miód piwny, odwrotnie niż piwo miodowe, gdzie miodu nie czuć tak intensywnie.

Cydr dobrej jakości, ale ten egzemplarz dla fanów kwaśnych smaków. 


 

Pierniczek zajączek. Osobiście nie lubię piernika, ale będzie dla kogoś jako podarunek. 

 

Zobaczyłam ciasteczka z wróżbą, więc jedno musiało być zakupione. Obiecująca zapowiedź, to szczęście i dobroć 😻 

 W połączeniu z moimi kartami, utworzyła się piękna wróżba 💜



I krakowskie tłumy, ludzie i gołębie plus jarmark.






Próbuję 4ty katering - RUKOLA

Zamówiłam na próbę 3-dniową katering Rukola, wersja wegan i 3 dania. Został mi zaproponowany przez szpiega facebooka, ale postanowiłam zaryzykować. Skończyło się na tym, że mogę im dać pierwsze miejsce ze wszystkich czterech kateringów, które próbowałam do tej pory. Wybrałam wersję 2200 kcal, ponieważ chciałam tylko 3 posiłki, więc po odjęciu dwóch dań, liczb kalorii zmniejszyła się do około 1600. I okazało się to liczbą idealną dla mnie, bo nie czułam wieczornego głodu. Dodatkowo posiłki były duże i ciężkie. Mam nawet wrażenie, że jest to jedyny katering, w którym posiłki mają faktycznie deklarowaną ilość kalorii, a nie zaniżoną. Nawet miałam problem z dojadaniem do końca obiadów. Jedzonko jest smaczne, ciekawe i dobrze doprawione, co niestety było problemem np.dla kokoszki. Smaczne sałatki, żadnych suchych warzyw jako dodatek do dania. Niestety minusem jest brak możliwości wyboru samych słonych śniadań. Jednak mimo to, na 3 dni zamówienia, słodkie śniadanie trafiło się tylko raz i nie narzekałam, bo było dobre. 

A oto i niektóre dania, niestety nie sfotografowałam wszystkich tym razem:












Marcowe wojaże z Katarzyną po Krakowie

W końcu nastał ten dzień- przyjazd Katarzyny w odwiedziny. Przy okazji innych spraw, miałyśmy trochę czasu do porobienia fajnych rzeczy. Niestety ograniczony głównie moją pracą, piątkowym finiszem o północy i poniedziałkowym początkiem bladym świtem. 

Jako, że bez kawy ani rusz, sobotę na mieście rozpoczęłyśmy od spaceru do costy po kawę na wynos.

Dopiero 16 marzec, a jaka pogoda i kwiatki 💓



Reklama costy 😂 a konkretnie w tym przypadku największego cappucino na migdale (dla baristów z alpro- mój faworyt)- mojej nagrody za uzbierane ziarenka. Darmową kawę można reklamować zawsze i wszędzie ☕

Dotarłyśmy do Mazaya Falafel na Krupniczej. Po namyśle mój wybór padł na talerz habibi, a Katarzyny na talerz full super. Plus dzbanek lemoniady.


Talerz full super


Talerz habibi


Oczywiście mazayi już nie komentuję, bo wielokrotnie pisałam, jak dobre jedzenie mają. Tutaj wnętrze lokalu, ten jest mój ulubiony, bo mają dużo miejsca do siedzenia plus bogate menu z napojami, a nawet alkoholami. Inne są bardziej jak fastfoody, mało stolików i mniej przytulnie. 

Kolejnym punktem programu była kocia kawiarnia na Karmelickiej. Teraz była to moja pierwsza wizyta. Wcześniej chodziło się na Lubicz lub zlikwidowaną już kawiarnię, ale teraz nie pamiętam nazwy ulicy. W każdym razie przenieśli się stamtąd na Karmelicką. 





Moja herbatka. Podana w stylu "zrób sobie sam". Przyprawy, pomarańcze, miód i słodki syrop. Nie, to nie alkohol 😛  
Kawiarnia sympatyczna. Niestety są kolejki, ale i tak mniejsze niż na Lubiczu. Poza tym można się było tego spodziewać w sobotnie popołudnie. Siedzieliśmy w górnej sali, ale koty nie były jakoś specjalnie aktywne i towarzyskie. Albo spały, albo przemykały między stolikami. Było ich więcej na sali obok, jednak tam nie było już miejsc do siedzenia. Herbatka fajna, jedzenia nie próbowaliśmy, więc się nie wypowiem. Mają trochę rzeczy do wyboru, bo nawet pizzę. Nie jest to miejsce do którego bym sobie przyszła tak o, dla przyjemności z picia kawy, ze względu na dużą ilość ludzi. No i koteły mają swoje życie, więc nigdy nie wiadomo czy trafi się na nastrój towarzyski czy nie. Najlepiej przychodzić tak z dwie godziny przed zamknięciem i to w dzień powszedni. Wtedy największe szanse na spokój od tłumów i jednocześnie większy nastrój socjalny kotełków. 


 

 
Wizyta w aptece i muminowy, przypadkowy zakup:
 

 
Sobota zakończona chałupniczym i nieprofesjonalnym masażem gorącymi kamieniami 😎
 

 
 
 
Niedzielę rozpoczynamy od sesji inhalacyjnej w grocie solnej na Długiej. Wcześniej zarezerwowałam nam godzinę na stronie internetowej. Trzeba mieć ze sobą monetę 2 złotową do szafki na rzeczy plus białe skarpety na zmianę. Do groty nie wchodzi się w butach. 













 


Grota bardzo przyjemna. Niestety było dość sporo ludzi. Obowiązuje strefa ciszy, ale tylko dorosłych, bo małe dzieci bawią się w swoim kąciku. Jeśli ktoś chce mieć całkowitą ciszę, wieczorami są dostępne godziny wstępu tylko dla dorosłych. Sesja trwa 45 minut. Nie wiem co takiego jest w grocie, ale wychodzę stamtąd mega zrelaksowana i jakby o połowę lżejsza. Może to oczyszczające właściwości soli, kto wie 😌  Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła czegoś w solnym sklepiku:

 

Po relaksie czas na obiad. Wcześniejsza wizyta w żabce zaowocowała zdobyczą chipsów bekonowych bez bekonu, bardzo smacznych:


Najpierw kawa na wynos, tym razem Starbucks. Testuję wynalazek- wegańską bitą śmietanę na kawie americano. Fajna alternatywa, niestety za dopłatą.


Następny punkt, parę kroków dalej na Krupniczej (kawałek od Mazayki) to Vegan AF Ramen.

Kawę już mamy, więc do picia Katarzyna wybrała dla nas herbatę oolong, co było bardzo dobrą decyzją i teraz przymierzam się do zakupu jakiegoś dobrego oolonga.


 

I teraz nasze wybory jedzeniowe. Katarzyna decyduje się na vegan af ramen:


 
 

Wegańska podróbka żółtka. Jednak nie wiem z czego zrobiona.

A mój wybór, po bardzo długim namyśle, padł na giga garlic shrooms' n chops:

Jedzonko jest pyszne i na pewno polecam. Kiedyś już tu byłam i jadłam to, co Katarzyna teraz. Oba dania mi smakowały, ale moje z kotletem sojowym w panko to wypas. W sumie mogę powiedzieć, że najlepszy kotlet sojowy, jaki kiedykolwiek jadłam. Pewnie jest to efekt panko. Chrupiące, a zarazem lekko miękkie przez zanurzenie w bulionie. 

 

 

Jedzenie odbywa się pałeczkami, co było dla mnie pewnym dyskomfortem, choć według opinii eksperta Katarzyny, całkiem nieźle sobie radziłam 😎 Jednak odczułam ulgę, kiedy zjadłam już większość tych pływających rzeczy, za pomocą pałeczek i mogłam sięgnąć po chochelkę do bulionu.


Naklejka i cukierek dla każdego klienta

 

A teraz trochę zdjęć wystroju lokalu, a także dyskotekowego kibla 😀 Podobno jaki kibel, taka jakość restauracji. Ma być czysto, schludnie, full papieru, ręcznika i mydła. Tutaj było to wszystko plus światełka 🙉 


 



 
Właściciel to zapewne również fan kitków:






 

Końcówka niedzieli, a zarazem pobytu Katarzyny, zakończyła się w niedzielny wieczór na dworcu pkp.

Starbucksowa kanapka na wynos z pieczarkami i wegańskim cheddarem, zdecydowanie ich najlepszy pomysł, jak do tej pory. Każda z nas sobie zakupiła, ale w różnych bułkach:



 No i pożegnanie...Ehh, chyba nikt nie lubi pożegnań 😿😿😿