Nadszedł czas na wycieczkę do Sandomierza. Powiedziałabym, że śladami Ojca Mateusza, ale nie powiem 😅
Wycieczka rozpoczęła się od wizyty w McDonaldzie na rondzie czyżyńskim w Krakowie, gdzie zakupiłam burgera z kotletem warzywnym, kratofelki i kawę mrożoną na mleku owsianym, bezkofeinową. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy spróbowałam i okazało się, że zrobili mi samo mleko z lodem 😂 Niestety byliśmy już w trasie, więc nie mogłam złożyć reklamacji.
Sam Sandomierz to generalnie bardzo sympatyczna miejscowość, ale wcale nie taki malutki, bo nie zdążyliśmy zwiedzić wszystkiego, przy dwóch noclegach. Zatrzymaliśmy się w Willi Sandomierskiej, która wydawała mi się najlepszym miejscem w tamtej okolicy, z oceną 9,3 na bookingu. Po przyjeździe się nie zawiodłam, choć dostaliśmy inny pokój. Tamten niby miał mieć mini aneks kuchenny i prysznic. Ten był z wanną i bez aneksu, bardziej jak typowo hotelowy. Z ekspresem kapsułkowym i zestawem do parzenia herbaty/kawy. W cenie były śniadania. Z jednej strony lubię hotelowe śniadania, z drugiej nie lubię tego, że na to śniadanie trzeba wcześniej wstać...
To moje zestawy:
Niestety, odkąd piję kawę bezkofeinową, odpadła mi opcja degustacji kaw śniadaniowych w hotelach. Więc tutaj z herbatą. Pierwszy zestaw- różne rodzaje pieczywa, warzywa, jajko sadzone i gotowane, mini kanapka na krakersie i coś a la karpatka. Jedzenie wegetariańskie, gdybym chciała jeść tylko wegańsko, to niestety zostałoby mi jedzenie tylko tych ogórków i pomidorów plus suche pieczywo i owoce. Wybór na śniadaniu był duży, ale produkty jak widać. Ewentualne pasty z fasoli czy tego typu rzeczy można spotkać w jakimś super wypasionym hotelu, gdzie jest naprawdę wszystko, co tylko człowiek sobie zamarzy.
Drugi zestaw to sałatka grecka, naleśnik z serem, no i to samo co w poprzednim.
Po śniadaniu hotelowym robię sobię swoją kawę we french pressie.
Trasa z hotelu na miasto trochę zajmowała na nogach, ale spacer dobry dla zdrowia. Droga przez most:
Tutaj pomocnicza lista miejsc do ewentualnego zwiedzania:
Z tej listy odwiedziliśmy bramę opatowską, podziemną trasę turystyczną, muzeum zamkowe i wystawę 'czary napary'. Zdecydowanie z tej listy moim faworytem jest wystawa o ziołach. Brama opatowska też przyjemna, z widokiem na Sandomierz. Co do muzeów czy zamków, jakoś mój entuzjazm opadł, wolę przyrodnicze miejscówki, albo jedzonko, niż wracanie do historii. W wypadku tego zamku, pełnił on przez długie lata rolę więzienia, więc nic pozytywnego, ciężka energia miejsca.
Brama opatowska i widoczki:
Trasa podziemna:
Właściwie to zdjęcie prawie z końca tej trasy, która jest dość długa, jednak nie ma tam nic bardzo interesującego, poza długością tych piwnic, no i historiami, które opowiada pani przewodnik. Informacja z google: "W Sandomierzu warto odwiedzić Podziemną Trasę Turystyczną, która prezentuje zabytkowe piwnice wykorzystywane dawniej jako magazyny. Trasa liczy około 450 metrów i obejmuje 34 komory na różnych poziomach, połączone tunelami." Przez te piwnice rynek sandomierski zaczął się zapadać i zawezwano naukowców z AGH, aby ratowali sytuację. Jak widać się udało i teraz można sobie spokojnie zwiedzać.
Jedna z ekspozycji to droga porcelana ćmielowska, sfotografowałam pieski, niestety kotów się nie udało:
I moja ulubiona wystawa 'Czary Napary', która składa się z różnych ekspozycji na temat ziół. Przykładowo zioła stosowane w sypialni, w łazience, w kuchni itp., grzyby, wino, piwo. Wszystko zaczyna się od starego rękodzieła Marcina z Urzędowa- botanika, zielarza, księdza i lekarza i wokół niego i jego tekstów, kręci się cała miejscówka.
Tak reklamuje się wystawa:
Wejście na wystawę:
I tutaj różne ekspozycje, był nawet dział typu 'erotyka' 😀
I pomoc na problemy gastryczne oraz z pęcherzem:
W temacie alkoholu:
I trochę z innych ekspozycji:
Jeśli ktoś jest fanem Ojca Mateusza, to obok jest tematyczna wystawa, jednak nie wypowiem się jakiej jakości, bo ją pominęliśmy:
Suweniry-magnesy i piwko:
Z tyłu etykiety tematyczna legenda, tutaj o rękawiczkach Królowej Jadwigi.
Były jeszcze inne rzeczy, których nie sfotografowałam. Na przykład ogromne podpłomyki, albo krówki sandomierskie w przeróżnych smakach, które są praktycznie na każdym stoisku. Jednak sandomierskie tylko z nazwy, bo produkowane zupełnie gdzie indziej. Popularny też jest cydr sandomierski, o dziwo w tym przypadku głównie w wersji bezalkoholowej, np. szarlotka sandomierska, którą zakupiłam dla Katarzyny i okazała się pyszna. Moje wrażenia takie, jakbym piła szarlotkę 😎 Mieliśmy też alkoholowy cydr, który okazał się najlepszym cydrem z tych, które piłam do tej pory.
I w końcu jedzonko na mieście. Odwiedziłam dość drogą restaurację, która znajduje się obok bramy opatowskiej. Machnęłam ręką na ceny, ponieważ w menu były opcje wegańskie, a więc trzeba popróbować, co to za cuda, no i materiał na bloga także potrzebny.
Restauracja nazywa się Widnokrąg. Mieli także ogródek, ale było bardzo wietrznie i mimo, że słonecznie to chłodno, więc schowaliśmy się w środku. Tam całkiem przyjemny wystrój, pani skierowała nas do stolika. Wybrałam z menu zupę z bazylii i bobu z wegańskim serem:
Na drugie wahałam się bardzo między kopytkami z groszku i lędźwianu z Zabłocia, a szparagami ze świętokrzyskiego z farmy od Suchojada, z dodatkiem boczniaka z lokalnej farmy Moonshrooms. Wybór padł na szparagi, ze względu na to, że bardzo rzadko mam okazję jeść takie specjały.
Jeszcze do tego zestawu zamówiłam piwko 330 ml.
Wszystko było smaczne, jednak spodziewałam się mocniejszych doznań smakowych. Tutaj można było powiedzieć, że jest dobre, ale szału nie ma. Więc nie kupiłabym drugi raz tego samego. Choć spróbowałabym jeszcze tych kopytek.
I paragon grozy:
Desery mieli ciekawe, np. topielec, jednak nie próbowałam. Tutaj już oczywiście bez opcji wegańskich.
Jeszcze była ciekawa opcja przystawki- carpaccio z konfitowanego selera.
Teraz czas na trochę widoczków sandomierskich. Bardzo podobają mi się ich meleksy, stylizowane na zabytkowe. Kraków mógłby z nich wziąć przykład, jednocześnie likwidując dorożki konne. XXI wiek, mogliby dać już spokój tym biednym koniom.
Schody, schody, pełno schodów...
Nie udało nam się zwiedzić gór pieprzowych, które są trochę oddalone od centrum. Jedynie przeszliśmy się wąwozem:
Innym punktem programu był Tarnobrzeg, który jest oddalony od Sandomierza o dwadzieścia parę kilometrów. Głównie chodziło o Jezioro Tarnobrzeskie.
Miejsce warte odwiedzenia. Duże jezioro, czysta woda, nawet ciepła, mimo czerwca i pogody, która nie była bardzo upalna. I piaszczysta plaża, niczym nad morzem. Jako, że to był czerwiec, plaża nie była bardzo zaludniona. Przy jeziorze jest duży parking, sporo budek z jedzeniem, niestety typu fastfood, więc jedyne co udało mi się wybrać to placki ziemniaczane. Można skorzystać z rowerka wodnego, deski sup, kajaków. Dla nas oczywiście najmniej zaawansowana wersja czyli rowerek wodny na godzinę. Tak prezentują się widoczki z plaży i z samego jeziora:
Później odwiedziłam, już w samym Tarnobrzegu, restaurację 'wół w centrum'. Rzadko wybieram burgery, ale tym razem nie miałam za bardzo innych zadowalających opcji.
Wybór padł na wege burgera z grillowanymi warzywami.
Gdybym chciała, można by go zweganizować, rezygnując z sera halloumi.
Do picia lemoniada truskawowo-cytrynowa.
Burger został podany w zestawie z frytkami i surówką. Mimo, że nie jestem wielką fanką burgerów, ten bardzo mi smakował. Wszystko było dobre, począwszy od bułki, przez warzywa, kończąc na sosie. Może po zdjęciu tak nie widać, ale był bardzo duży i razem z tymi dodatkami, ciężko to przejeść. Ostatecznie z tego burgera byłam bardziej zadowolona niż z wykwintnego jedzenia w sandomierskiej restauracji.
Na koniec znalezisko z tarnobrzeskiej biedronki i to dorwane przy samej kasie- azjatyckie ciasteczka z fasoli mung o smaku lotosu:
Ciasteczka wegańskie. W smaku takie sobie, nawet nie bardzo słodkie, więc na plus. Najciekawsza jest konsystencja- bardzo krucha i sypiąca się, a jednocześnie mocno mordoklejkowa, można sobie zakleić usta na amen 😀













.jpg)






















































No comments:
Post a Comment