Saturday, April 13, 2024

Marcowe wojaże z Katarzyną po Krakowie

W końcu nastał ten dzień- przyjazd Katarzyny w odwiedziny. Przy okazji innych spraw, miałyśmy trochę czasu do porobienia fajnych rzeczy. Niestety ograniczony głównie moją pracą, piątkowym finiszem o północy i poniedziałkowym początkiem bladym świtem. 

Jako, że bez kawy ani rusz, sobotę na mieście rozpoczęłyśmy od spaceru do costy po kawę na wynos.

Dopiero 16 marzec, a jaka pogoda i kwiatki 💓



Reklama costy 😂 a konkretnie w tym przypadku największego cappucino na migdale (dla baristów z alpro- mój faworyt)- mojej nagrody za uzbierane ziarenka. Darmową kawę można reklamować zawsze i wszędzie ☕

Dotarłyśmy do Mazaya Falafel na Krupniczej. Po namyśle mój wybór padł na talerz habibi, a Katarzyny na talerz full super. Plus dzbanek lemoniady.


Talerz full super


Talerz habibi


Oczywiście mazayi już nie komentuję, bo wielokrotnie pisałam, jak dobre jedzenie mają. Tutaj wnętrze lokalu, ten jest mój ulubiony, bo mają dużo miejsca do siedzenia plus bogate menu z napojami, a nawet alkoholami. Inne są bardziej jak fastfoody, mało stolików i mniej przytulnie. 

Kolejnym punktem programu była kocia kawiarnia na Karmelickiej. Teraz była to moja pierwsza wizyta. Wcześniej chodziło się na Lubicz lub zlikwidowaną już kawiarnię, ale teraz nie pamiętam nazwy ulicy. W każdym razie przenieśli się stamtąd na Karmelicką. 





Moja herbatka. Podana w stylu "zrób sobie sam". Przyprawy, pomarańcze, miód i słodki syrop. Nie, to nie alkohol 😛  
Kawiarnia sympatyczna. Niestety są kolejki, ale i tak mniejsze niż na Lubiczu. Poza tym można się było tego spodziewać w sobotnie popołudnie. Siedzieliśmy w górnej sali, ale koty nie były jakoś specjalnie aktywne i towarzyskie. Albo spały, albo przemykały między stolikami. Było ich więcej na sali obok, jednak tam nie było już miejsc do siedzenia. Herbatka fajna, jedzenia nie próbowaliśmy, więc się nie wypowiem. Mają trochę rzeczy do wyboru, bo nawet pizzę. Nie jest to miejsce do którego bym sobie przyszła tak o, dla przyjemności z picia kawy, ze względu na dużą ilość ludzi. No i koteły mają swoje życie, więc nigdy nie wiadomo czy trafi się na nastrój towarzyski czy nie. Najlepiej przychodzić tak z dwie godziny przed zamknięciem i to w dzień powszedni. Wtedy największe szanse na spokój od tłumów i jednocześnie większy nastrój socjalny kotełków. 


 

 
Wizyta w aptece i muminowy, przypadkowy zakup:
 

 
Sobota zakończona chałupniczym i nieprofesjonalnym masażem gorącymi kamieniami 😎
 

 
 
 
Niedzielę rozpoczynamy od sesji inhalacyjnej w grocie solnej na Długiej. Wcześniej zarezerwowałam nam godzinę na stronie internetowej. Trzeba mieć ze sobą monetę 2 złotową do szafki na rzeczy plus białe skarpety na zmianę. Do groty nie wchodzi się w butach. 













 


Grota bardzo przyjemna. Niestety było dość sporo ludzi. Obowiązuje strefa ciszy, ale tylko dorosłych, bo małe dzieci bawią się w swoim kąciku. Jeśli ktoś chce mieć całkowitą ciszę, wieczorami są dostępne godziny wstępu tylko dla dorosłych. Sesja trwa 45 minut. Nie wiem co takiego jest w grocie, ale wychodzę stamtąd mega zrelaksowana i jakby o połowę lżejsza. Może to oczyszczające właściwości soli, kto wie 😌  Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła czegoś w solnym sklepiku:

 

Po relaksie czas na obiad. Wcześniejsza wizyta w żabce zaowocowała zdobyczą chipsów bekonowych bez bekonu, bardzo smacznych:


Najpierw kawa na wynos, tym razem Starbucks. Testuję wynalazek- wegańską bitą śmietanę na kawie americano. Fajna alternatywa, niestety za dopłatą.


Następny punkt, parę kroków dalej na Krupniczej (kawałek od Mazayki) to Vegan AF Ramen.

Kawę już mamy, więc do picia Katarzyna wybrała dla nas herbatę oolong, co było bardzo dobrą decyzją i teraz przymierzam się do zakupu jakiegoś dobrego oolonga.


 

I teraz nasze wybory jedzeniowe. Katarzyna decyduje się na vegan af ramen:


 
 

Wegańska podróbka żółtka. Jednak nie wiem z czego zrobiona.

A mój wybór, po bardzo długim namyśle, padł na giga garlic shrooms' n chops:

Jedzonko jest pyszne i na pewno polecam. Kiedyś już tu byłam i jadłam to, co Katarzyna teraz. Oba dania mi smakowały, ale moje z kotletem sojowym w panko to wypas. W sumie mogę powiedzieć, że najlepszy kotlet sojowy, jaki kiedykolwiek jadłam. Pewnie jest to efekt panko. Chrupiące, a zarazem lekko miękkie przez zanurzenie w bulionie. 

 

 

Jedzenie odbywa się pałeczkami, co było dla mnie pewnym dyskomfortem, choć według opinii eksperta Katarzyny, całkiem nieźle sobie radziłam 😎 Jednak odczułam ulgę, kiedy zjadłam już większość tych pływających rzeczy, za pomocą pałeczek i mogłam sięgnąć po chochelkę do bulionu.


Naklejka i cukierek dla każdego klienta

 

A teraz trochę zdjęć wystroju lokalu, a także dyskotekowego kibla 😀 Podobno jaki kibel, taka jakość restauracji. Ma być czysto, schludnie, full papieru, ręcznika i mydła. Tutaj było to wszystko plus światełka 🙉 


 



 
Właściciel to zapewne również fan kitków:






 

Końcówka niedzieli, a zarazem pobytu Katarzyny, zakończyła się w niedzielny wieczór na dworcu pkp.

Starbucksowa kanapka na wynos z pieczarkami i wegańskim cheddarem, zdecydowanie ich najlepszy pomysł, jak do tej pory. Każda z nas sobie zakupiła, ale w różnych bułkach:



 No i pożegnanie...Ehh, chyba nikt nie lubi pożegnań 😿😿😿


 

2 comments:

  1. To było kilka świetnych dni. Mazaya jak marzenie. Dodatkowo, moje małe marzenie, żeby w Polsce upowszechnił się amerykański zwyczaj doggy bags, i aby to było normalne i często praktykowane. Mamy bezużyteczne halloween i walentynki z Ameryki, a to by coś pożytecznego było

    ReplyDelete
  2. Ramen wege Katarzynowy był niby dobry, Ewy może lepszy, choć bardziej barszcz niż ramen. Ale to były jedyne wege rameny, więc nie mam porównania. Ostatnio jadłam tonkotsu ramen w Łodzi i to zupełnie inna liga była... te wege rameny mi zbladły po tym. No, ale dalej pozostaje szukanie i testowanie, dla mnie wersji obu, dla Ewy tylko roślinnych. A jeśli ktoś osiągnie wyższy stopień wtajemniczenia, to samemu zrobić ramen domowy (nie umiem póki co).

    ReplyDelete