Minął już prawie rok od wrocławskiego wypadu. Dopiero znalazł się czas i wena, aby go opisać. W sumie pod wpływem impulsu wróciły wspomnienia i stwierdziłam, że było super w Sky Towerze i chętnie wróciłabym kolejny raz, choć już do innego apartamentu, co by nie było za nudno, wracając w to samo miejsce.
Na początek szczypta Katarzynowych fot, ponieważ była we Wrocławiu przede mną i zwiedzała co nieco. Kolejkowo i krasnale:
Cena za oglądanie takich miniatur:
35 złociszy, ale był to bilet ulgowy.
I krasnale:
Kiedy jeszcze mnie nie ma, Katarzyna wybiera się do Sky Towera, ale tylko do Sky baru na najwyższym piętrze. Wygląda to tak:
Sky bar mieści się na 49.piętrze, a więc na samym szczycie polskiego world trade center.
Tak wyglądała jazda windą multimedialną do baru:
Lekko straszno...Jeśli ktoś boi się wind, jak ja.
My zarezerwowałyśmy sobie apartament piętro niżej. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, po podróży pociągiem z Krakowa, zaczęłyśmy naszą przygodę z luksusem 😁
Jest cała masa apartamentów i 5 różnych firm, które obsługują ich wynajem, więc można się pogubić w gąszczu ofert, które są i na stronach internetowych i na bookingu. My rezerwowałyśmy przez stronę internetową.
Tak wyglądało nasze wejście:
Miły pan wpuścił nas do windy. Musiałyśmy wysiąść na niższym piętrze, nie pamiętam już którym, aby skorzystać z opcji recepcji. Po dopełnieniu formalności wjazd na docelowe piętro 48. Ogólnie windy do apartamentów szare, bez multimedialnych rozrywek, sprawiały wrażenie starych i niepewnych, jazda była szybka, ale mało przyjemna, z efektem zatkania uszu, tak więc później uznałyśmy, że wystarczy nam maksymalnie jeden dodatkowy zjazd windą na dół. W sensie-do sklepu spożywczego i z powrotem, co by za dużo się nie stresować.
Kluczyk i karta do windy:
Nasz apartament w internecie:
Po roku już nie pamiętam, ile dokładnie płaciłyśmy. Tanie to nie było, ale mimo wszystko warto, widoki bezcenne. Do tego dokupiłyśmy jeszcze czerwone wino. Ze sky baru nie korzystałyśmy.
Miałyśmy do dyspozycji duży salon z aneksem kuchennym i dużym telewizorem plus mini sala kinowa z giga telewizorem, łazienka i drugie pomieszczenie, gdzie znajdowała się okrągła wanna z hydromasażem i sauna. W tym pomieszczeniu także był duży telewizor. Na początku byłyśmy zawiedzione, bo nie było to klasyczne wielkie jacuzzi, ale po wejściu okazało się, że wanna jest wystarczająca, miejsca nawet sporo, fajne oświetlenie i mocny masaż. No i najważniejsze, po co tu się przyjeżdża-siedząc w jacuzzi mamy spektakularne widoki.
Jak to wyglądało w dzień:
Wanna z hydromasażem:
I z widokiem na tv:
Sauna:
Salon i sala kinowa:
Łazienka i trochę wystroju apartamentu:
Po zwiedzeniu wszystkiego i obfotografowaniu, nadszedł czas na ucztę. Jedzonko zostało zamówione przez Katarzynę, która skorzystała z Wolta i opcji darmowej dostawy z dwóch różnych miejsc. Pierwsza miejscówka to Ato Ramen, więc jak nazwa wskazuje jadłyśmy ramen. Zamawiam grzybo-men, a Katarzyna truffle shoyu plus ato croaffle, czyli chrupiący croissant ze słodko słonym serem krówkowym.
Rameny przed zalaniem bulionem:
Rameny z bulionem i wino:
Wersja Katarzyny to ta z jajkiem i mięsem, moja jest bezmięsna i grzybowa, bardzo smaczna, zresztą jak każdy ramen, a do grzybowych mam szczególną słabość. W składzie grzybo-mena: falisty makaron ramen, tare na sosie sojowym, smażone boczniaki w pikantnej paście truflowej, grzyby shimeji, dymka, mleko sojowe, pak choi i cebulocytryna. Ta przyjemność kosztowała mnie 48 zł, czyli standardowa cena ramena, tak we Wrocławiu, jak i w Krakowie. Nie jest to tanioszka, ale czuję się na maksa pełna po takim posiłku. Więc za tę kwotę przynajmniej najem się do syta.
Druga miejscówka to Dim Sum Garden. Stamtąd zamawiała tylko Katarzyna. Pierożki z wieprzowiną z porem i wersja wege z warzywami i grzybami. Nastąpiła tu niefortunna pomyłka...otóż miałam zostać poczęstowana pierożkami warzywnymi, a przez pomyłkę odgryzłam mięsnego, zmylił nas wygląd pierożków. Według Katarzyny pierożki warzywne były lepsze niż mięsne, co uważa za dziwne zjawisko, bo z doświadczeń z Chin wynika, że powinno być odwrotnie. No, ale mogę potwierdzić, że warzywne były pyszne i w sumie żałowałam, że też sobie nie zamówiłam. Ogólnie doświadczenia kulinarne oceniam jako bardzo udane. Wino także całkiem spoko, choć osobiście preferuję białe, a najlepiej coś musującego lub szampan. Czerwone wydaje się trochę ciężkie.
Kiedy słońce zaszło i nastała ciemność, testowałyśmy salę kinową, co miało sens tylko w nocy, ponieważ nie było to całkiem oddzielne i zamknięte pomieszczenie, ale połączone z salonem, a więc kiedy jest jasno nie widać dobrze, co wyświetla się na ekranie. Niestety miałyśmy problemy z dźwiękiem. Nie czułyśmy jednak żalu z tego powodu, bo czas gonił jak szalony, a najważniejszą zaplanowaną atrakcją była wanna i widoki, a nie oglądanie filmów. Jednak jeśli ktoś zaplanowałby sobie wcześniej filmowy seans, to mógłby być niezadowolony z zaistniałej sytuacji.
Garść nocnych widoczków:
Nasze bransoletkowe koteły, wersja biała i czarna 😺😺
Prowiant do wanny- piwerka, owoce i chipsy:
Moja zabawa w fotografa odbita w szybie 😂
Tv, wersja książulo:
I relaksacyjne świece:
Po owocnym dniu, czas na odpoczynek w nocnej mgle:
I poranek, który mógł wyglądać tak:
lub tak:
Poranek w chmurach i pożegnanie z luksusem zakończyłyśmy wrzuceniem klucza do dedykowanej skrzynki:
Od tego momentu zaczął się nasz bardzo intensywny dzień. Boltem na dworzec, gdzie nasze bagaże wkładamy do skrytek na przechowanie i jazda do zoo. Nie jestem już fanką takich atrakcji, o wiele większą przyjemność sprawiłoby mi oglądanie zwierząt w naturze, np. safari, ewentualnie jakieś sanktuarium/azyl, a nie zwierzaki w klatkach. Co jednak mogę o wrocławskim zoo powiedzieć-na pewno oceanarium robi wrażenie. Z negatywnych rzeczy zauważyłam za małe terraria, żółw próbujący się przebić przez szybę to nie jest optymistyczny widok.
Plan zoo:
Parę fot, w tym moje ulubione surykatki:
Kózka bejbik, którą pomyliłam z daleka z królikiem 😅
Podwodny świat:
Przerwa na kawę:
Umęczone kilkugodzinnym chodzeniem, jedziemy się posilić. Tym razem wybór miejscówki należał do mnie. Chciałam odwiedzić bar vega w rynku, gdzie już kiedyś byłam, jedzenie mi zasmakowało, a miejsce wydało się klimatyczne i przestronne. Bar mieści się na dwóch piętrach. Na parterze jest to, co lubię najbardziej, czyli polska klasyka w wegan wersji , natomiast na piętrze kuchnie świata. Oczywiście wybrałam parter. Mój wybór padł na zraz z kaszy z puree ziemniaczanym i surówką. Katarzyna jadła nierybę z frytkami i surówką. Koszt naszych dań to 31-32 zł plus kompoty i dla mnie ciastko na deser, niestety już nie pamiętam co to było, czy tofurnik czy inny wynalazek. W każdym razie bardzo mi smakowało i oby ten bar istniał zawsze, a ja będę wracać i próbować kolejnych dań. W Krakowie bardzo mi brakuje miejscówki z typowymi polskimi daniami wege, odkąd Sufeat zakończył działalność.
I wrocławska uliczna propaganda 💚
Podróż zakończyłyśmy wsiadając do opóźnionego pociągu z Berlina. Start był planowo o 21.00, koniec o 23.45.
W czasie kiedy imprezowałyśmy w chmurach i ogólnie przez cały pobyt, żyłyśmy w swoim świecie, nawet nie wiedząc, że w tym samym momencie jest afera dronowa i ogólnokrajowa panika. Niewiedza spowodowała, że miałyśmy bardzo przyjemny relaks. Tym bardziej informacje o dronach nie byłyby korzystne, spędzając czas na 48. piętrze, gdzie od wejścia mówiłam, że czuję się jak w world trade center, w którym zaraz następi jakaś katastrofa 😄Na szczęście później mi przeszło. Widać to kwestia przyzwyczajenia się do nowych warunków. Gdybym tam mieszkała, zapewne nawet oswoiłabym się z czasem z windą.
Jednak to nie koniec naszych rozrywek, ciąg dalszy krakowskich powrocławskich eskapad nastąpi wkrótce 😎







































































