Sunday, September 8, 2024

Sierpniowy Kazimierz

 

W końcu nastał czas na odwiedzenie Kazimierza Dolnego. Udało się zarezerwować miejscówkę ocenioną na bookingu na 9.9, czyli szałowo. Sophia Studio, w samym centrum miasta. Wyjazd we czwartek rano, powrót w niedzielę, czyli 3 noclegi. Wydawało mi się, że optymalnie, bo co robić w Kazimierzu tyle czasu, ale było to błędne myślenie i skończyło się jak zwykle, czyli maratonem zwiedzaniowym, bez jednego wolnego dnia z leżakowaniem i nic nie robieniem. 

Po przyjeździe i zameldowaniu, udaliśmy się na miasto, w poszukiwaniu jedzonka obiadowego. Jednak najpierw dostaliśmy od właścicielki info o jedzeniowych miejscówkach wartych odwiedzenia:



 Wybrałam na początek numer 2- kuchnię libańską Kaslik. Po dotarciu na miejsce, musieliśmy postać trochę w kolejce w oczekiwaniu na stolik. Zamówione jedzonko prezentowało się tak:



Do picia dla mnie róża ice tea- mrożona herbata rooibos z wodą różaną, zdecydowanie moje smaki, woda różana do picia i jako hydrolat na skórę, do jedzenia jako marmolada różana...om nom nom. 

Do jedzonka- zupa krem z czerwonej soczewicy. Kolorem wygląda bardziej na żółtą soczewicę. W smaku była całkiem przyzwoita, ale nie powaliła mnie na kolana jak zupa z cytryną z krakowskiej mazayi. Podobnie jak falafele...zjadalne, ale bez szału, no i mała ilość i mało sosu. Choć za 19 zł nie można się było spodziewać ogromnego dania. Najlepsze z tego zestawu były frytki libańskie przyprawione świeżym tymiankiem, podawane z sosem czosnkowym. Cena 17 zł za 200 gram, ale wydawało się, że było ich nawet więcej. W smaku super, no i sos jeden z lepszych czosnkowych jakie jadłam. I mówi to miłośnik czosnkowych sosów 😎  Podsumowując wszystko- wizyta udana, choć bez rewelacji. Jednak wróciłabym tam jeszcze ze względu na wiele ciekawych dań do spróbowania.

Kazimierskie klimaty:




Upolowane piwa kazimierskie:


Piwo niepasteryzowane mnie nie powaliło, jasne całkiem dobre. Z kolei śliwkowe to po prostu magnus śliwkowy, tylko ze zmienioną etykietą i wyższą ceną...Miodowe zapewne też. Jednak mimo to nie narzekam, bo za magnusem przepadam. 

Piwerko w bajkowym ogrodzie naszej noclegowej miejscówki to raj:








Takie oto karty wylosowały się na pobyt w Kazimierzu:

 

Magiczny klimat, niczym nasz ogród 😊

Byłoby jeszcze bardziej magicznie, gdyby udało nam się zaliczyć tę atrakcję (zabrakło czasu):

 



I zaczynamy zwiedzanko, tutaj pomnik psa Werniksa, przy rynku. Ku mojej radości nie wiąże się z nim żadna smutna, trudna i ściskająca za serce historia. Werniksowi przypisują różne przygody, ale żadna z nich nie jest dramatyczna. Na jednej ze stron znalazłam taką informację: "Kazimierski posąg psa, to dziś jedna z atrakcji miasteczka i niewielu jest turystów, którzy nie znają tego miejsca. Nie brakuje ciekawych historii brązowego kundelka i tego, dlaczego powinno się go głaskać po nosie.

- Każdy turysta powinien psa po nosku pogłaskać, by do Kazimierza w przyszłości powrócić – mówi Danuta Borzecka, przewodnik. – A dla dorosłych, jest jeszcze jedna rada, aby pieska potrzeć nieco niżej. Gwarantuje to szczęście, ale nie w pieniądzach." No cóż, biedny piesełek, ma starty od dotykania nie tylko nosek 😂

Wspinamy się na Górę Trzech Krzyży. Nie jest bardzo wysoko, idzie się krótko, ale w tym upale i tak człowiek się zmęczył. Ładne widoczki, sporo ludzi i skwar, więc szybkie parę zdjęć i w dalszą drogę.


Kolejny etap wycieczki to zamek:









I baszta tuż obok zamku:



Obowiązkowy punkt programu, czyli wąwóz korzeniowy. Wąwozy to coś z czego słynie Kazimierz i okolice, ale korzeniowy jest najbardziej znany, a co się z tym wiąże- najbardziej oblegany i płatny.


I klimatyczna miejscówka przy wejściu do wąwozu, gdzie można usiąść, napić się czegoś lub zjeść:



Po drodze upolowałam trochę suwenirów 😍

Kazimierski kogutek jako magnes, kolczyki i ręcznie robiony kubek z piesełkiem, po który wracałam drugi raz w to samo miejsce, bo jednak nie mogłam wyjechać stamtąd bez niego 😹

Na poczcie w punkcie lotto wymiana zdrapki, a pani z okienka obdarowuje mnie zawrotną ilością kuponów na loteriadę:

Kolejnym jedzeniowym punktem był numer 8 z listy, czyli Knajpa Artystyczna. Dla siebie wybrałam wegetariański placek z artystycznej, a na wynos gołąbki z kaszą jaglaną i pieczarkami. Wszystko mi bardzo smakowało. Placek faktycznie ogromny, na cały talerz, dużo warzyw i sosu, który mógł być odrobinę mniej ostry, ale to już kwestia gustu.



Zwiedziliśmy też drugi wąwóz- Głęboczyzna, tutaj praktycznie byliśmy sami, a wąwóz dużo głębszy, jak i sama jego nazwa. Jedyna wada- wąwóz przy samym cmentarzu, a żeby do niego trafić przeszliśmy cały cmentarz. Już w połowie cmentarnej ścieżki zostałam wypruta z energii. Choć trzeba przyznać, że był najbardziej klimatycznym cmentarzem, na którym kiedykolwiek byłam. Zieleń, cisza i górzysty teren. Weszliśmy do wąwozu po przejściu całej nekropolii, a okazało się, że wystarczyło wejść w inną ścieżkę przy cmentarnej bramie i mogliśmy ominąć grobowe atrakcje... Na dodatek po wyjściu z wąwozu, a zarazem terenu cmentarza, pożegnał nas rzucony w naszą stronę kamyk. Przez kogo/przez co- nie wiadomo 👻  Podobnie jak w wąwozie, spadający na mnie kamyk. Jednak od razu odzyskałam siły, kiedy wyszliśmy na słońce. 


Po wyjściu z tego lekko mrocznego terenu, schodzimy pobliską ścieżką ze schodami w dół i spacerem udajemy się nad wieczorna Wisłę.



Kolejny dzień upału, a my zabieramy rowery, które były dostępne w Sophia Studio w cenie pokoju i jedziemy na wycieczkę, najpierw na punkt widokowy, a później przeprawą promową do Janowca i tam na zwiedzanie zamku. Wyprawa okazała się dość długa i męcząca, wróciliśmy padnięci, ale mimo wszystko było warto.


Te krajobrazy przypominają mi Włochy, w których zresztą nigdy nie byłam osobiście, ale taki klimat ze zdjęć i filmów. Plus okoliczne winnice, w pobliżu Kazimierza. 


Uwaga, koty się bawią 🐾🐈🐈🐈  Niestety, nigdzie nie spotkałam żadnego kotełka.





Nie lizać. To zakaz ruchu.

I czas na prom:





Po wyjściu na ląd, czekało nas jeszcze trochę drogi, w tym sporo pod górę.




Zamek dużo okazalszy niż ten w Kazimierzu. Do tego spory park i inne obiekty do zwiedzania. 








Na koniec dnia odwiedziliśmy punkt 10 z listy- restauracja Hamsa Resto. Wybór padł na izraelski półmisek, dla mnie hummus abu gosh i zupa krem z cukinii, a do picia ice beer.




Mimo dobrych opinii w google, my nie byliśmy zachwyceni. Dość wysokie ceny, a jedzenie niczym się nie wyróżniające. Robienia hummusu i falafela mogliby się uczyć od Mazyi w Krakowie. Zupa z cukinii była dobra, ale nie rewelacyjna. Najlepsze w niej były chipsy z jarmużu. No i to piwo mrożone z dodatkami całkiem dobre. Jedynie lokalizacja na plus, duży lokal i duży ogródek, w którym można się poczuć jak w dalekim egzotycznym kraju. Niestety nie dość, że wyszliśmy mało zadowoleni, to całkowicie padnięci i bez sił, jakby do tego jedzenia coś nam dosypali 😂 Po tym wszystkim nie było już na nic siły, tylko wrócić i paść na łóżko, na resztę dnia. 

Na ostatni dzień zaplanowaliśmy już tylko rejs statkiem i powrót do domu. Chętnych dużo, o jednej godzinie wypływały dwa statki. Widoczki ładne, ale dość monotonne, inaczej niż w Krakowie, czy choćby w Czorsztynie. No i godzina w słońcu i tłumie, więc po wyjściu mimo, że byłam wypoczęta i wyspana, wróciło przemęczenie i ciężkość.





Na sam koniec wyprawa po kazimierskiego koguta z ciasta, a dla mnie też kogutek, ale trochę innego typu  😎


Kazik śliwka pod okiem.

1 comment:

  1. Mniam, wyśmienity wpis podróżniczo-spożywczy. Słyszałam opowieści o tym wyjeździe w wersji ustnej, ale dopiero taka rzetelna relacja daje dobry obraz jak to wyglądało. Miejscówka do spania - z tego co słyszałam to miała minus w postaci hałasu od ulicy i średniej jakości tych rowerów, no ale ogród jest przepiękny, te lampy szczególnie.

    Jeśli kiedyś pojadę do Kazimierza, to dam sobie nocną wycieczkę na sam szczyt listy priorytetów, bo wygląda to zachęcająco bardzo.

    Spożywczo - wiesz co, jakbym miała wybrać 3 restauracje na obiady z tej listy, to pewnie wybrałabym te same co ty. Rozczarowująca - ale wartościowa informacja, że izraelski lokal jest bez szału.

    ReplyDelete